Zdarza się, że w codziennej bieganinie za nie-wiadomo-do-końca-czym, umyka nam zdroworozsądkowa filozofia życia, a właściwie – przeżycia.
Przeżycie bywa traktowane jako coś naturalnego, a nie umiejętność, którą trzeba kształtować od najmłodszych lat.
Wydaje się, że zdolność przeżycia to ruch instynktowny i automatyczny. A czy jest tak na pewno?
Zastanawiam się czasem nad tym, jak to jest, że w dobie wszechogarniających ekspertyz, analiz, diagnoz i teorii, które codziennie zatapiają miliony użytkowników mediów społecznościowych, tak wiele problemów rozbija się o nieznajomość alfabetu. A może raczej niewiarę w jego moc.
Ten alfabet nie stanowi skomplikowanej naukowej wiedzy wyniesionej z wieloletnich złożonych badań prowadzonych przez ekspertów nauk psychologicznych, socjologicznych i wszelkich pokrewnych (chociaż one go potwierdzają) tylko…
ludzkiej mądrości nabywanej przez pokolenia.
W tym alfabecie, aby móc przeżyć, potrzeba funkcjonować w grupie. Grupa jest siecią wsparcia, która łapie jednostkę w momencie, kiedy ta zagubi się w życiowym gąszczu, słabnie, niedomaga, cierpi.
By funkcjonować w grupie i móc z niej czerpać, trzeba nauczyć się w grupie dawać. Chodzi o prosty ruch wymiany, będący bazą dla zawiązywania więzi.
A żeby móc w grupie dawać potrzeba być czujnym i uważnym na innych. WIDZIEĆ ICH. Zwracać na nich uwagę i w nienachalny, ale ciągły sposób monitorować, jak wygląda ich sytuacja.
Widzenie drugiego, zwiększa szanse bycia postrzeganym. Wzmacnia przynależność, ustanawia wartość.
Chcąc zobaczyć drugiego, należy wyjść poza siebie, poza swoje. Trenować branie w nawias wszelkich przekonań i przeświadczeń. Skupiać się nie tylko na własnym interesie, ale i na interesie grupy.
To reagować na krzywdę, ale i nie dopuszczać do krzywdy. Rysować granice, stawać za sobą, stawać za bliskimi. Być czujnym i wrażliwym.
Umieć poprosić i umieć przyjąć pomoc. Dawać pomoc albo wskazywać tego, kto może jej udzielić.
Tak się czasem zastanawiam…
Pomijając wszelkie formy przemocy, jakich można doświadczyć i jakie można stosować, coś szczególnie wyrafinowanego i niebezpiecznie niedocenionego leży w ZANIEDBANIU.
Zaniedbanie, nie jest wyłącznie zarezerwowane dla rodzin charakteryzujących się niskim statusem społecznym i trudną sytuacją ekonomiczną. Niekiedy idzie w parze zarówno z wysokim wykształceniem, pozycją zawodową, jak i niemałymi pieniędzmi.
Zaniedbanie bywa nonszalacją i niecierpliwością dla mozołu uczestniczenia w rozwoju dzieci, niechęcią do żmudnego uczenia ich podstawowych umiejętności życiowych, brakiem czasu, zainteresowania i uwagi.
To niekiedy koncentracja na ratowaniu całego świata, przy niemożności pochylenia się nad światem własnym.
Dziecko zadbane to to, które wie, że ma opiekę i nie musi uciekać się do forteli i autodestrukcji, żeby sobie na nią zapracować. To dziecko, które może być takie, jakie jest. To dziecko, któremu wyznacza się granice, bo to właśnie one dają poczucie bezpieczeństwa.
Co z tego, że niby żyjemy w czasach pełnych możliwości, a dzieci uczestniczą w pierdyliardzie aktywności pozalekcyjnych (taniec, konie, angielski, chiński, gotowanie, kung-fu, można nie kończyć wymieniać), jeśli np. do szkoły przychodzą głodne (bo nie było czasu na śniadanie albo nikt się nie zorientował, że nie zjadły), nie rozpoznają podstawowych emocji ani w sobie, ani w innych, mają brudne paznokcie i poczucie bycia absolutnie niewidzialnymi – CHOCIAŻ TYLE ROBIĄ. CAŁY CZAS.
Albo.
Co z tego, że tak doskonale wiedzą jak napisać maturę, odpowiedzieć w teście abcd i wyrecytować nazwy rzek tego świata, gdy spojrzenie drugiemu w oczy, fundamentalne, podstawowe poczucie własnej bezwzględnej wartości, okazuje się bardziej egzotyczne niż Nil.
Człowiek odporny, niezależnie od wieku, to człowiek w relacji do siebie i do innych. Funkcjonujący w pewnym porządku i rutynie, dającej poczucie komfortu. Znający zasady, niekiedy buntujący się przeciwko nim, ale wiedzący przynajmniej, po co one są i co mogłoby stanowić dla nich kontrę.
Człowiek odporny to człowiek, który miał w swoim życiu szansę budować poczucie własnej skuteczności. Chociażby ucząc się smarować chleb masłem, robiąc w nim dziury, nie wyjąwszy na czas masła z lodówki, czasem kalecząc się w palec, aż w końcu uzyskując zadowalający efekt – najczęściej metodą prób i błędów.
Człowiek odporny to ten, który na drodze zawiązywania pierwszych relacji rówieśniczych doświadczył odrzucenia, rozczarowania, konfliktów, ćwicząc radzenie sobie z nimi i mając z kim porozmawiać, gdy było zbyt trudno.
Czasem wystarczy nawet jedna, za to jakościowa relacja.
To także człowiek samodzielny, stopniowo od podstaw kształtujący samodzielność – najpierw przy wsparciu opiekujących dorosłych, a później pokazujący sobie, że to, że się nie udaje nie oznacza od razu, że należy się zniechęcać.
Na nic są wszelkie psychologiczne koncepcje, gdy tym czego brakuje jest czas dla drugiej osoby. Dla dorastających dzieci, partnerów, przyjaciół, rodziny i innych członków grupy własnej.
Czasu nie da się kupić. Czas trzeba znaleźć.
A w znajdowaniu czasu pomocne bywa ustanawianie priorytetów. Pytanie, za czym pędzę i kiedy będzie wystarczająco.
Czy w ogóle będzie wystarczająco.
5 minut rozmowy dziennie, która nie jest sądowym przesłuchaniem i wypływa z miejsca ciekawości oraz życzliwości.
5 minut, aby usiąść przy stole i zobaczyć drugą osobę w tym, w czym ona jest.
By powiedzieć, dobrze, że jesteś, widzę cię, doceniam, jesteś ważny/a.
I czy to tak dużo?
Coraz częściej wydaje mi się, że to jest jednak bardzo dużo.

