Zaczyna się bardzo niewinnie, właściwie niezmiernie romantycznie.
Poczucie wyjątkowości i niesłychanego szczęścia, które właśnie wkroczyło do życia wraz z nowo poznanym mężczyzną, powodują, że zaangażowanie w relację z każdym dniem coraz bardziej wzrasta.
Pozornie nic nie zwiastuje jakoby cokolwiek miało pójść nie tak.
Są długie rozmowy, wzajemna ciekawość i uważność. On jest przystojny i patrzy z zachwytem. Z miłością, która rozbudza fantazje o wspólnej przyszłości.
Dość naturalnym krokiem wydaje się małżeństwo. Później dzieci. Rodzina jako przypieczętowanie szczęśliwego związku.
I tak mogłoby to trwać, ale…
Od kiedy Blanche zostaje żoną Grega ten niejako zaczyna traktować ją jak swoją własność. Blanche nie jest świadoma tego, co ją czeka.
W miarę szybko mężczyzna oświadcza, że muszą się przeprowadzić w związku z jego pracą. Daleko od rodziny kobiety, daleko od jakiegokolwiek znanego jej kontekstu.
Od teraz właśnie będą tylko we dwoje.
Tworząc swój mały świat, w którym nikogo więcej już nie potrzeba. A przynajmniej tak wygląda wyobrażenie Grega na temat udanego związku.
To, co się wydarza później jest książkowym festiwalem przemocy.
Po pełnych namiętności i czułej troski początkach niewiele zostaje, za to następuje stopniowe odcinanie kobiety od rodziny i przyjaciół.
Chodzi o to, aby nikt nie miał wglądu w to, co się dzieje w domu, ani możliwości zaingerowania w relację.
Mężczyzna stopniowo ubezwłasnowolnia Blanche, odbierając jej samodzielność i sprawczość.
Kobieta nie może mieć samochodu, musi raportować, gdzie i kiedy wychodzi, o której wróci. Nie ma wpływu także na finanse, które całkowicie są kontrolowane przez męża, skrupulatnie rozliczającego każdy grosz. Ciągłe telefony, obserwacja, napięcie wynikające z braku prywatności. Tak zaczyna wyglądać codzienność Blanche.
W początkowej fazie wszystko udaje się zracjonalizować, wytłumaczyć. Chodzi o to, aby było dobrze, więc nie ma mowy o przemocy – to przecież jedynie dziwactwa, niepokoje, trudny charakter męża. Nawet politykę finansową można uzasadnić tym, że Greg jest bankierem. Liczne telefony – są przecież wyrazem miłości i zainteresowania.
Jednak z czasem to życie bez powietrza staje się nieznośne.
Poczucie bycia w pułapce potęgowanej jeszcze troską o dzieci, dla których Greg wydaje się przykładnym ojcem, odbiera jakąkolwiek nadzieję na zmianę. Aktywują się mechanizmy przetrwania – chodzi o to, aby przeżyć z dnia na dzień.
Jedyną przestrzenią wolności okazuje się praca – coś, czego Blanche nie odpuszcza. Jako nauczycielka, wytchnienie znajduje podczas prowadzenia lekcji.
Przynajmniej ta praca jest jej.
Blanche żyje w napięciu ciągłej konieczności spowiadania się z każdego swojego ruchu. Robi to, bo w ten sposób niejako zapewnia spokój sobie i swoim dzieciom.
Tylko jak długo można żyć w ten sposób? W którymś momencie coś w niej pęka.
Pojawia się poczucie tęsknoty. Tęsknoty za tym, jak było kiedyś, na początku. Za byciem kobietą, nie niewolnicą.
I tu następuje moment zwrotny w całej historii, którym jest zdrada poczyniona w obronie własnej.
Tak właśnie.
Kiedy umysł przestaje wierzyć, że może być inaczej, ciało potrzebuje przypomnieć sobie o istnieniu alternatywy.
Blanche znajduje kontrapunkt do swojego życia w seksie z mieszkającym na skraju lasu mężczyzną.
To jej tajemnica, wyraz buntu i zmęczenia. Próba przywrócenia prawa do siebie samej.
To także wyjście poza systemy kontroli męża, którego obsesje tak mocno antycypowały zdradę, że do zdrady ostatecznie w pewien sposób doprowadziły.
Następuje eskalacja przemocy.
Przed Gregiem niczego nie da się ukryć. Nieodbieranie, zostawanie po godzinach, wyjazd do supermarketu… Nie ma takiego wytłumaczenia, które mężczyzna byłby w stanie przyjąć.
Włosy pachną innym szamponem.
To jednoznaczny dowód w sprawie. Powód do przesłuchania. Do stosowania wyrafinowanych tortur. Uniemożliwiania snu, zastraszania, torpedowania pytaniami, przymuszania do pokazania na mapie odbytej TEGO PAMIĘTNEGO DNIA trasy.
Trwa to tak długo aż w końcu Blanche się przyznaje. To jednak nie oznacza, że sprawa jest zamknięta. Teraz musi odtworzyć całą scenę seksu, który uprawiała z kimś innym.
Do przemocy psychicznej, ekonomicznej dochodzi jeszcze przemoc seksualna.
Blanchce chce zrezygnować z życia. Podejmuje nawet próbę samobójczą. Któregoś dnia mdleje w trakcie prowadzenia lekcji. Wycieńczenie, stres, upokorzenia – wszystko to doprowadza ją do pobytu w szpitalu.
Szpital staje się bezpiecznym miejscem, w którym może zregenerować siły, dostaje wsparcie z zewnątrz i zaczyna szukać dróg ucieczki.
Mobilizując wszystkie zgromadzone siły, opisując w liście do siostry prawdę o swoim małżeństwie, sięgając po pomoc, ostatecznie zdobywa się na odwagę, żeby zostawić męża i wnieść sprawę do sądu.
Gdy przyjeżdża po rzeczy, doświadcza przemocy fizycznej, na tyle skrajnej, że ledwie uchodzi z życiem.
Nie wiemy, co jest dalej.
Film urywa się w momencie, gdy ma dojść do finalnej konfrontacji na sali rozpraw.
***
,,Tylko my dwoje” nie jest łatwym seansem. Na dodatek, idzie się na niego, wiedząc co się wydarzy. Można byłoby więc zapytać – po co?
Fabuła jest przewidywalna, jeśli zna się mechanizmy działania przemocy lub ma się podobne doświadczenie życiowe.
Z dystansu, z roli obserwatora, czerwone lampki zapalają się momentalnie.
Będąc w sytuacji przemocy, w uwikłaniu, niezmiernie trudno o tę perspektywę. Stąd budowanie świadomości dotyczącej dynamiki przemocy jest tak ważna.
Choć film całościowo uważam za przeciętny to zdecydowanie doceniam jego warstwę psychoedukacyjną.

