NAJNOWSZE WARSZTATY W RAMACH SINGLOWEGO KLUBU RANDKOWEGO:
KATOWICE, WROCŁAW, KRAKÓW, WYJAZDY SINGLOWE

Pukając do drzwi – fundraising zaskoczeń

Parę lat temu, kiedy w ogóle zaczynałam interesować się fundraisingiem, działania te wywoływały we mnie dyskomfort. Myślałam sobie, że proszenie ludzi o wsparcie jakiegoś celu, nawet w imieniu innej osoby albo całej organizacji, jest niestosowne. Jedyne słowo, które mi się z tym kojarzyło to żebranie.

Dobra intencja i słuszna inicjatywa nie były w stanie zniwelować wrażenia, że sytuacja nakłaniania do pomocy jest grą podległości i władzy. Niemożliwe wydawało mi się zbudowanie partnerskiej relacji, w momencie, gdy jeden bierze, a drugi daje.

Do całej sprawy zaczęłam nabierać nieco innego stosunku, gdy wyzbyłam się przekonania, że pomaganie jest bezinteresowne i zaczęłam dostrzegać potencjał wymiany w transakcji, którą postrzegałam jako z definicji jednostronną.

Największy wpływ na to miało nie tyle nabycie większej wiedzy w obszarze fundraisingu, ile… dzień spędzony z fundraiserami działającymi door-to-door.

Dwa oblicza fundraisingu door2door

W fundraisingu door-to-door, dociera się do darczyńców bezpośrednio, chodząc od mieszkania do mieszkania. Każdy fundraiser ma swój rejon, najczęściej działa się w duetach, co zwiększa poczucie bezpieczeństwa, ale też umożliwia wspieranie siebie nawzajem.

Fundraiser spędza dzień, pukając do każdych drzwi, ze świadomością, że nie wszystkie zostaną otwarte. Na kilkadziesiąt mieszkań, nawiązanie paru relacji i zdobycie kilku deklaracji wpłat, jest bardzo dużym sukcesem.

Nie zawsze liczy się ilość.

Zamiast zyskać jednorazowy zastrzyk gotówki do rozwoju działań pomocowych, inwestuje się w budowanie zaangażowania darczyńcy, tak aby nabrał identyfikacji z organizacją i zechciał ją wspierać długoterminowo.

Chociaż reakcje ludzi były różne, najbardziej zaskoczyły mnie dwie rzeczy.

Pierwsza to ta, że nie zawsze wspiera ten, który ma ku temu największe zasoby.

Druga, że zjawiający się u progu drzwi fundraiserzy, bywają dla ludzi prezentem od losu.

Historie za zamkniętymi drzwiami

Jak często myślisz o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami w Twoim bloku? Jak żyją Twoi sąsiedzi, z jakimi problemami się zmagają, na ile są szczęśliwi, jak bardzo cierpią?

Fundraiserzy pracujący dzień w dzień na przeróżnych osiedlach, są blisko tych, o których istnieniu zdarza nam się zapomnieć.

Czasem wchodzą do mieszkań, do których rzadko kiedy ktoś w ogóle puka, po to, by wysłuchać, wypić kawę i uśmierzyć ból wywołany głęboką samotnością.

Często zdarza się, że spędzają z osobą więcej czasu, widząc, jak bardzo potrzebuje ona wsparcia, obecności i zainteresowania swoją historią.

Przychodzą, wnosząc swoją energię, dobre słowo i uwagę dla cudzych trosk.

Doskonale pamiętam jedną starszą Panią, która żyjąc pośród sterty nadgryzionych przez ząb czasu rzeczy, ewidentnie nie mając grosza przy duszy, bardzo chciała pomóc, wysłuchawszy, czym zajmuje się organizacja.

Wykazała ogromną dozę empatii wobec ludzi, o których opowiadaliśmy, nie skarżąc się na swój los, ale znajdując w nim to, co dobre. W obliczu przeżytej wojny, niełatwego życia, spokój i w miarę stabilne zdrowie, papierowa gazeta i parzona w szklance kawa, były wystarczające.

Nigdy nie zapomnę też Pani, która mieszkając na niewielkim metrażu z dwójką dzieci i samotnie je wychowując, była niezmiernie przejęta opisywaną przez nas inicjatywą. Z entuzjazmem zadeklarowała wsparcie, mówiąc, że na tyle, na ile może sobie pozwolić, podzieli się tym, co ma.

Ważne było dla niej to, aby pomagać, bo wierzyła, że wsparcie drugiej osoby zawsze jest inwestycją, która się zwraca.
Wychodziła z założenia, że tylko dając od siebie, można doświadczyć otrzymywania.

Czasem drzwi zamykają się z hukiem

Fundraising door-2-door nie jest usłany różami. To ciężka, odważna praca, wiążąca się z nieskończoną ilością spotkań, często z nieprzyjemnymi reakcjami, których trzeba nauczyć się nie brać do siebie.

Zdarza się, że jest się odbiorcą frustracji, niekiedy wchodzi się w rolę powiernika zmartwień albo jest się nieoczekiwaną atrakcją, która przełamuje rutynę.

Ludzie obdarzają fundraiserów w równej mierze życzliwością, jak i niechęcią. Fundraiserzy działają, bo wierzą, że na koniec dnia, ta praca ma sens. Nie tracą wiary w towarzyszącą im misję.

Ten wpis otwiera bardzo szeroki temat, który można rozważać, odnosząc się do różnych źródeł. Jeśli interesują Cię badania dotyczące pomagania, być może znajdziesz coś dla siebie, czytając:

Na ile pomaganie jest bezinteresowne?

Podziel się:

Autorka:

Picture of Karolina Habryło
Karolina Habryło

Już teraz ruszyły zapisy na najnowsze warsztaty dla singli, w ramach Singlowego Klubu Randkowego!

Zobacz inne wpisy: