Wychodząc codziennie o świcie do pracy, Hirayama spogląda w niebo z tym samym wyrazem radosnej wdzięczności.
Oto nadszedł kolejny dzień życia.
Teraz jest teraz, a następny raz to następny raz.
Hirayama dba o porządek w miejskich toaletach Tokio. I choć mogłoby się to wydawać słabą historią filmową, okazuje się, że jest wręcz odwrotnie.
Dlaczego?
Wim Wenders w subtelny i kojący sposób pokazuje nam, że ważniejsze od tego, czego doświadcza bohater, jest to, w jaki sposób tego doświadcza.
Zachęca do zatrzymania się i pochylenia nad odnajdywaniem sensu w codziennych zobowiązaniach i czynnościach, które przeważnie wykonujemy bezrefleksyjnie.
Zaprasza do czułości na detal.
Zwraca uwagę na moc rytuałów, które pozwalają osadzić się w rzeczywistości i uczynić ją bardziej swoją.
Hirayama czerpie z powtarzalności tego, co sprawia mu przyjemność.
Z zimnej kawy kupowanej o poranku w automacie, kąpieli w miejskiej łaźni, muzyki ze starych kaset magnetofonowych, zraszania wodą sadzonek drzew, pieczołowicie zbieranych w parku.
Jest uważny na otaczający świat, czujny względem innych ludzi.
Swoją pracę wykonuje dokładnie, z zaangażowaniem – przy czym dba o to, aby nie zdominowała jego życia.
Wykazuje się kreatywnością – tworzy narzędzia usprawniające sprzątanie.
Potrafi z życzliwością i humorem podejść do napotykanych osób.
I mało mówi.
No właśnie.
Więcej obserwuje, doświadcza.
Przeżywa.
Ten film też taki jest. Bardziej żeby go poczuć niż oglądnąć.

