Paradoks silnej kobiety polega na tym, że w przypływie odrzucającej samowystarczalności osłabia ona siebie i całe swoje otoczenie.
Siła, która musi się spektakularnie zamanifestować i podkreślić swoją sprawczość obnaża się niepewnością i zagubieniem.
W końcu, jeśli coś faktycznie jest obecne, ugruntowane – najczęściej to czuć.
Ta zasada działa dla większości jakości, o których jestem w stanie sobie pomyśleć, np. pewności siebie, odwagi, przekonania, zadowolenia.
Często widzimy je u innych, niekiedy nie potrafiąc uchwycić, po czym umiemy rozpoznać.
Nie zawsze chodzi o to, co i jak ktoś mówi.
Jednak wracając do siły.
Potrzeba udowodnienia, że doskonale radzi się sobie samemu, trzymając wszystkie możliwe krańce losu w garści, wydaje się zrozumiała.
To komunikat dla świata, aby miał się na baczności, bo ma do czynienia z terytorium niepodatnym na bylejakie wpływy i zranienia.
Gotowym do ataku lub ucieczki.
Bezwględnym w pilnowaniu swej niepodległości.
Każdy przybysz już na wstępie ma zrezygnować z wszelkich prób poddania tego w wątpliwość.
Jednak, kto potrzebuje się bronić, jeszcze zanim zostanie zaatakowany?
Ten, kto żyje podszyty strachem. Niespokojny. Nieustannie w zbrojnej gotowości, z jednym okiem otwartym podczas snu.
Zdarza się przy tym również, że nawet jeśli przybysz z pokorą chyli czoła, obrywa performansami siły.
Tak na wszelki wypadek, profilaktycznie wręcz, żeby zawczasu mógł pohamować pełzające ewentualnie pokusy stawiania znaku zapytania.
Co to robi w relacji?
Generuje stan napięcia, energetyczne mury w przepływie ruchu dawania i brania.
Każda nasza najlepiej rozwinięta cecha czy jakość zawiera wpisane w siebie przeciwieństwo.
Siła ma na drugim biegunie słabość.
Niezależnie od tego, jak zdecydowanie, ostro, bezpardonowo będziemy starali się uniknąć przyjęcia słabości, biorąc siłę, bierzemy słabość w pakiecie.
Gdy tego nie robimy, skupiając energię w relacji na prezentowaniu doprowadzonej do karykatury siły, słabość wyprojektowujemy na partnera, który w ten sposób – często nieświadomie – dopełnia całości dynamiki.
To następnie wywołuje naszą złość – bo jak to tak!
Jak żyć z podobną dysproporcją?
Jak stać na progu przepaści, szczególnie wtedy, gdy potrzebuje się silnego mężczyzny u boku? Takiego wyjętego jeszcze z rycerskich opowieści o honorze i odwadze? A przy tym czułego i wspierającego?
Jeśli chcemy być aż tak bardzo silne, przyjmijmy swoją słabość.
Wtedy dopiero zyskamy przestrzeń do spotkania z pełnią drugiej osoby.
Uruchomimy ruch wymiany i wsparcia, gdzie nikt nie wygrywa, bo nikt nie musi nikomu nic udowadniać.
Związek, gdzie nie ma damsko-męskiej rywalizacji, ponieważ spotkanie odbywa się na czysto ludzkiej płaszczyźnie egzystencji.
W miejscu, gdzie jest zarówno tak, jak i tak jednocześnie.
Tam, gdzie udaje się pomieścić sprzeczności, nie wprowadzając ich przy tym w konflikt.
Książka Mai Storch jest niezwykła w prostych opisach złożonych zjawisk. To także przystępna i inspirująca wykładnia psychologii głębi.
Myślę, że warto po nią sięgnąć, jeśli jakkolwiek dylemat z okładki jest Ci bliski.
Niezależnie od tego czy jesteś kobietą, czy mężczyzną.

