Cała heca z dobrostanem polega na tym, że przeważnie wiemy, co nam pomaga o niego dbać, ale z jakichś względów tego… nie robimy.
Przyczyny podobnego stanu rzeczy są różne.
Bardzo często bywa tak, że zostaliśmy wychowani do służenia innym, ale nie sobie.
Niekiedy wątpimy, że przypilnowanie sobie odpowiedniej ilości snu, realnie może nas odprężyć.
Czasem wybieramy nie siadać, tylko zajmować się kolejną rzeczą – bo przecież teoretycznie zdążymy ją jeszcze zrobić.
Kiedy jest wolne, lecimy planem, zamiast dać sobie przestrzeń na spontaniczność.
Zdarza się, że mamy na coś ochotę, ale unieważniamy ją.
Chcemy wyjść na spacer, pójść na masaż, zdrzemnąć się albo wypić ciepłą herbatę, ale ostatecznie tego nie realizujemy.
Ponadto – zazwyczaj nie pytamy. Ani siebie, ani innych: CZEGO TERAZ POTRZEBUJESZ?
Codzienne akcje autosabotażu, odkładanie odpoczynku na potem, oducza nas wpisywania dbania o siebie w grafik.
Tę godzinę wolnego dziennie, którą moglibyśmy wykorzystać na rozwijanie relacji z samym/ą sobą oraz wszelkie zdrowe formy samoopieki (aktywność fizyczną, sen, relaks z książką, spacer z psem, spa, kąpiel leśną, medytację, itp.) przeznaczamy na scrollowanie Facebooka, reagowanie na potrzeby otoczenia, nadrabianie zaległości oraz inne przymusy.
Kiedy uzupełniamy kalendarz nie myślimy o tym, żeby siebie w nim uwzględnić, za to pilnujemy tego, aby znalazł się w nim czas na pracę, rodzinę, znajomych, zakupy, sprzątanie i tak dalej.
Gdy tak gubimy codzienne momenty relaksu to po jakimś czasie przechodzimy w tryb napięciowego trzymania się w ryzach i dziwimy się, że jak już mamy wolne, to zamiast się odprężać nie wiemy, co ze sobą zrobić, dosłownie chodzimy po ścianach.
Nadużywanie siebie, wynagradzamy sobie używkami, jedzeniem, seksem, imprezami.
Kompulsywnie doświadczamy i konsumujemy, aby odreagować stres i chociaż na chwilę zarzucić kontrolę.
Tak to w końcu jest, pozwalając sobie odpocząć i pobyć ze sobą, coś tracimy. Nie robimy czegoś w zamian, gdzieś nie jesteśmy, czegoś nie przeżywamy, nie nadrabiamy, nie nadganiamy, nie…
Coś nas omija.
Za to, kiedy już wchodzimy w aktywności i zadania, to z zupełnie inną energią, stanem umysłu, poczuciem siebie i innych.
Czy ktoś nas wyciągnie z kołowrotka, w który sami się wpędziliśmy? Nie.
To po naszej stronie.
Więc zapytajmy się siebie, na ile warto czekać na dzień, kiedy to organizm postawi za nas granicę.
I czy lądując chorym w łóżku, rzeczywiście będziemy mieć czas dla siebie, czy może to będzie kolejny czas walki – tym razem o zdrowie.

