W książce ,,W poszukiwaniu sensu” Victor Frankl zwraca uwagę na to, że często zadajemy sobie pytanie: ,,czego oczekuję od życia”, podczas gdy właściwe pytanie powinno brzmieć: ,,czego życie oczekuje ode mnie?”.
I choć różnica wydaje się na pierwszy rzut oka subtelna, przy głębszym zastanowieniu okazuje się fundamentalna.
Zdarza się, że myślenie o oczekiwaniach zamienia się niepostrzeżenie w koncert życzeń. Wszakże lista oczekiwań może się właściwie nie kończyć i często opiera się na porównaniach społecznych.
Rozglądamy się dookoła patrząc, co mają inni, a czego my akurat nie mamy i na tej drodze generujemy kolejne chcenia i dążenia.
Oglądamy filmy, seriale, słuchamy podcastów, uczestniczymy w kursach, scrollujemy media społecznościowe, tworzymy sobie kolejne wyobrażenia tego, co życie mogłoby nam potencjalnie dać, tracąc zadowolenie z tego, co już daje.
Nagle przestajemy zauważać, co już osiągnęliśmy, gdzie jesteśmy, co wypracowaliśmy i zostajemy porwani przez wizję nieuchwytnych stanów wszechsatysfakcji i wszechspełnienia.
Z jednej strony wydaje się to dobre – dzięki temu zyskujemy inspirację i możemy stawiać sobie kolejne cele, rozwijać się. Z drugiej strony, ta pogoń umotywowana oczekiwaniami czasami staje się zgubna i odbiera nam przyjemność z bycia tu i teraz.
Pytanie o to, czego życie oczekuje ode mnie przekierowuje uwagę na zobowiązania, które mamy.
Na konsekwencje decyzji, które podjęliśmy.
Skłania przy tym do refleksji nad kształtowaniem sensu w kontekście tego, co jest już treścią naszej rzeczywistości, a co za tym idzie – udoskonalaniem naszej aktualności.
Zachęca do twórczego operowania w ramach realności, zamiast dryfowania w ewentualnościach i potencjalnościach.
Mam wrażenie, że to samo się tyczy relacji międzyludzkich.
Skonfrontowanie się z tym, o czym relacja jest i co w zakresie tego możemy uczynić, aby o nią zadbać, może faktycznie przynieść konstruktywną zmianę.
Wychodzenie z perspektywy oczekiwań względem drugiej osoby, na dodatek podbudowanych nadzieją, że okaże się ona kimś zupełnie innym i nagle zyska cały repertuar najbardziej pożądanych przez nas cech i zachowań, jakie obserwujemy u ludzi w ogóle – skazane jest na porażkę.
Po pierwsze, krzywdzimy siebie i drugą stronę porównaniami do wytworu naszej imaginacji, realizacji wydumanego scenariusza, w którym najbardziej atrakcyjna jest jego warstwa fantastyczna.
To tworzy dystans i utrudnia komunikację. Czasem jest też sygnałem, że właściwie chcielibyśmy zupełnie czegoś innego, niż to w czym jesteśmy.
Po drugie, skazuje obie strony na frustrację – gdy cele stawiane przed relacją są zbyt dalekie i wysokie, względem możliwości, jakimi oboje dysponujemy, pojawia się impas.
Drogi są co najmniej dwie – albo wyjść na spotkanie temu, czego relacja ode mnie oczekuje – w tu i teraz!, przed jakimi wyzwaniami mnie stawia i o czym opowiada
lub wyjść z relacji,
rezygnując z niej, dochodząc do świadomości, że chcę czego innego, niż to, co jest.
Zarówno podjęcie pracy nad relacją, jak i rezygnacja z relacji są formami opowiedzenia się wobec życia.
Możemy wartościować obie drogi, stawiając w opozycji pracę nad relacją i decyzję o zakończeniu relacji, poprzez rozstrzyganie, która z nich jest lepsza lub gorsza, trudniejsza lub łatwiejsza.
Jednak co do zasady wybór to miara naszego czucia i wewnętrznych możliwości w konkretnym miejscu i czasie naszej własnej historii.
Nie ma obiektywnej prawdy, która gwarantowałaby uniwersalnie dobre odpowiedzi.
Stąd poznawanie siebie i rozwijanie relacji z samym/ą sobą jest tak kluczowe.

