Prawda jest konstruktem.
Opowieścią tworzoną w oparciu o interpretację.
Uzupełnianiem niewiedzy, nieobecności, niewiadomej – wytworami fantazji.
A może…
Prawda jest obiektywna.
Niezależna od tego, kto do niej dąży.
Nie w pełni odkrywalna, ale wciąż jedna jedyna.
Czy w sądzie chodzi o to, co się wydarzyło naprawdę?
Czy proces sądowy polega na rekonstrukcji historii, czy na jej wytwarzaniu?
Czy w interesie wymiaru sprawiedliwości jest poznanie prawdy?
Film Justine Triet to intelektualna gra z widzem, w której w pewnym momencie przestaje być ważna odpowiedź na pytanie: ,,czy ona go zabiła?”.
Ważne natomiast staje się pytanie o decyzję, którą wersję opowieści przyjmiemy oraz czym się będziemy kierować.
Możliwość wyboru prawdy, okazuje się jednocześnie wyzwalająca i pogrążająca.
Z jednej strony, jesteśmy w stanie opowiedzieć się wobec tego, co się stało, mimo naszej niewiedzy w tym zakresie.
Nie musimy wierzyć w to, co postanowiliśmy wybrać jako prawdziwe, możemy jednak zwolnić umysł ze skazanych na porażkę prób poznania wydarzeń, w których nie braliśmy udziału.
To przynosi ulgę i pomaga pójść dalej.
Z drugiej strony, tracimy bezpowrotnie złudzenie, że prawda jest jedna i możliwa do odkrycia.
Mniej lub bardziej przyznajemy, że błądzenie jest częścią naszego przedzierania się przez rzeczywistość.
Jest taka scena w tym filmie, kiedy oskarżona mówi swojemu adwokatowi, że nie zabiła męża.
W odpowiedzi słyszy, że to nie chodzi o to, czy ona go zabiła, a o to, co wszyscy zgromadzeni na sali rozpraw zobaczą i usłyszą.
Czemu ten film porusza?
Według mnie dlatego, że konfrontuje widza z nim samym, uświadamiając mu, jak dalece jego odbiór podyktowany jest własnymi doświadczeniami, przekonaniami, sympatiami i antypatiami, utrwalonymi schematami myślenia i działania.
Pokazuje, jak automatycznie i szybko wyciągamy wnioski i formułujemy wewnętrzne opinie – czekając na gratyfikację w postaci racji – której ten film nam na żadnym etapie nie przyznaje.
Niezależnie od tego, co przeżywamy i jak składamy przedstawianą historię, nie dostajemy żadnej pointy, która pomagałaby nam rozsądzić, czy myśleliśmy dobrze czy źle.
Zamiast tego zostajemy z refleksją, że cokolwiek nie zobaczyliśmy na ekranie – możemy się mylić.
I dlatego – co do zasady – być może warto wziąć w nawias własne osądy.
Szczególnie w odniesieniu do innych osób.

