Nie, to nie jest spektakl o masakrze w Indonezji. Chociaż odniesienia do głośnego filmu dokumentalnego Joshua Oppenheimera są dość czytelne.
Dla niewtajemniczonych w temat, krótkie wprowadzenie przed dalszymi refleksjami.
Oppenheimer stworzył dokument dotyczący antykomunistycznych czystek, które miały miejsce w latach 60. w Indonezji. Skala zbrodni, jakich dokonano była potężna, a sposoby zadawania śmierci okrutne. Sprawcy jednak nie doczekali się kary, ani nie ponieśli żadnych konsekwencji związanych ze swoimi czynami. Film The act of killing powstał, w celu wyjaśnienia mechanizmów, stawiających liderów lokalnych społeczności w roli bohaterów. Oprawcy z zapałem rekontruują dokonane przez siebie zbrodnie, odnosząc się do ulubionych amerykańskich filmów.
Jan Klata przeniósł film na deski teatru. Aktorzy wchodzą w role indonezyjskich oprawców i odtwarzają przed nami dokonane akty zbrodni, konceptualizując film na swój własny temat. To, co jednak jest najciekawsze w tym spektaklu, to rola, przypadająca publiczności.
Jako widzowie, wielokrotnie jesteśmy wyrwani ze strefy komfortu. Kiedy pada na nas snop technicznego światła, zostajemy zaangażowani w spektakl. Poszczególne osoby zapraszane są do wejścia w rolę ofiar lub nagrodzenia kolejnych popisów aktorskich oklaskami. I tu wpadają w pułapkę teatru.
Kogo bowiem oklaskujesz siedząc na widowni?
Jana Peszka, który doskonale wcielił się w rolę Anwara Congo? Czy zabójcę, który bez oporów i zażenowania opowiada o tym, jak katował ludzi?
Podoba Ci się gra Marcina Kalisza? Czy może przyklaskujesz pełnemu samozadowolenia Hermanowi Koto?
Czy opresja, którą czujesz, gdy masz wyskoczyć z kasy przed maksymalnie skracającym dystans Safitem Pardede jest prawdziwa? Czy to tylko Tomasz Wysocki, stojący między rzędami, akurat obok Twojego fotela?
I tak właściwie to dlaczego się śmiejesz?
Bo ten spektakl zaprasza do śmiechu. To nie ja, to on.
Sama śmiałam się nie raz, gdy tylko wspólnymi siłami osiągaliśmy wyżyny absurdu. Cała ta kiczowata konwencja i amatorskie, wręcz dziecięce zacięcie tych, którzy bardzo chcą zrobić film i wymyślają go od podstaw… Nie no, przecież trudno się powstrzymać.
Oglądając dokument jest podobnie. Zabieg filmu w filmie powoduje, że z pobłażaniem patrzymy na podekscytowanych Indonezyjczyków, starających się wykorzystać swoją szansę zaistnienia na WIELKIM EKRANIE, jednocześnie zmagając się z myślą, że dotykamy tutaj opowieścią historycznych wydarzeń i odnosimy się do śmierci milionów duszonych drutem (i nie tylko) osób.
Trudno więc nie zadać sobie pytania: kim w tym wszystkim jestem?
Zwykłym obserwatorem?
Siedzącą na widowni Karoliną, która lubi spektakle Jana Klaty, więc wybrała się z koleżankami do Teatru Słowackiego?
Zaciekawioną dokumentami miłośniczką kina, która chce się zapoznać z wielokrotnie nagrodzonym filmem Josua Oppenheimera?
Nie.
Raczej naiwnym konsumentem. Dobrowolnie partycypuję w popkulturowym przemyśle, gdzie niewyobrażalne pieniądze zarabia się na wynoszeniu do rangi bohaterów tych, co dokonali zbrodni.
Trudno się popisywać, kiedy nikt nie patrzy, czyż nie?
Platformy uginają się pod kolejnymi serialami i filmami, wiernie odtwarzającymi historię seryjnych zabójców, którzy znaleźli sposób na zapisanie się w historii.
Im bardziej wymyślne, okrutne i nieprawdopodobne podejście do odbierania życia, tym większa szansa na uzyskanie nieśmiertelności.
Można byłoby powiedzieć: ależ nie ma w tym nic zdrożnego.
Przecież wszyscy wiemy, że to jest fikcja.
Nikt nie pochwala zbrodniarzy. Raczej każdy wręcz nie może się nadziwić JAK MOŻNA BYŁO ZROBIĆ COŚ TAKIEGO.
No właśnie.
Nikt nie może się nadziwić i dlatego wszyscy patrzą. I wszyscy klaszczą.
I nie, nikt nie jest niewinny.

